Geitfonnega (1453): najpiękniejszy widok na Geirangerfjorden

geitfonnega-geiranger-4

Nie jest pewne, na ile starczy mi zapału do pisania na tej stronie, więc na wszelki wypadek już teraz zostawię tutaj szalenie ważną informację… Z którego szczytu rozpościera się najlepszy widok na Geiranger i na fiord jednocześnie?

Z Geitfonnegi.

blog-800

Góra po prawej stronie to właśnie Geitfonnega. Widok z Flydalsjuvet.

 

Nie tylko najlepszy widok – jeśli mowa o oznakowanych szlakach, ale także najkrótsza trasa i najmniejsza różnica wysokości do pokonania.

Pierwszym etapem wycieczki jest dojazd na Korsmyrę, położony dziewięć kilometrów od centrum miasteczka duży parking z miejscem na piknik. Do wyboru samochód, autobus lub stop (to droga krajowa i spacer tą trasą nie należy do przyjemnych – sprawdzone). Bilet autobusowy z Geiranger kosztuje około 90 NOK od osoby. Po pierwsze: to sporo. Po drugie – co nas zaskakuje, kiedy wsiadamy – więcej niż na położony dalej camping. Jest już późno, więc płacimy za bilety, byle nie zmarnować całego dnia (ten raz, potem zawsze na Korsmyrę jeździmy stopem).

Już z samego parkingu można podziwiać Geiranger i fragment fiordu z góry. Ruszamy. Zaczynamy 638 metry nad poziomem morza. Nasz cel znajduje się 815 metrów wyżej, a przewodniki informują, że dzielą nas od niego 4 kilometry i 3 godziny. Pierwszy kilometr pokonujemy szybko – idziemy polną drogą, która w zimie zamienia się w trasę narciarską (spostrzegawczy wypatrzą schowany w zaroślach ratrak). Mijamy zabudowania Haugsetry – słowo setra oznacza letnią farmę/pastwisko. Stąd już ścieżką idziemy nieco wyżej, szlak wkrótce się rozdziela (można iść w obranym przez nas kierunku, można zdecydować się na wycieczkę do Gomsdalen). Widoki robią się coraz lepsze. I tak przez kolejne dwa kilometry – cały czas do góry, prawie cały czas z widokami. Po dwóch miesiącach, które minęły od tej wycieczki, nie pamiętam z tego odcinka nic. Poza tym, że były widoki. Karta pamięci w aparacie też nie podsuwa żadnych smaczków.

geitfonnega-geiranger-26

Zabudowania Haugsetry po lewej. Fiord po prawej. Jest dobrze.

geitfonnega-geiranger-23

I z każdym kolejnym krokiem robi się coraz lepiej.

Szlak przechodzi przez rzeczkę (Gjerdeelva – kilkaset metrów niżej zamienia się ona w Gjerdefossen, wodospad widoczny z Geiranger), która stanowi źródło wody pitnej na szlaku. Jest zaskakująco ciepło, więc turyści, których mijamy, krzyczą do nas, że to jest miejsce, żeby napełnić butelki, jeśli potrzebujemy. Jest ładnie. Bardzo ładnie, obiecujemy sobie przerwę w tym miejscu w drodze powrotnej.

Chwilę potem napotykamy na największą – poza widokami – atrakcję wycieczki. Śnieg! Niby rzecz oczywista, bo góry, Norwegia, pewna już wysokość, ale jednak jest koniec lipca, dzień wolny, więc klimat tym bardziej wakacyjny, zwłaszcza że słońce mocno przygrzewa (tak mocno, że skutki będę odczuwać przez najbliższe dni, ale wtedy jeszcze tego nie wiem, bo za bardzo absorbują mnie okoliczności). Śnieg! Przechodzimy przez te kilka metrów białej plamy. Dziwne uczucie. Ścieżka zaczyna piąć się ostro do góry – jesteśmy już na grani. Robi się stromo, ale idzie się dobrze.

W nagrodę czeka na nas więcej śniegu. Dużo więcej śniegu. I widok.

geitfonnega-geiranger-10

Takie widoki już przed szczytem.

geitfonnega-geiranger-20

A z drugiej strony: Brehola – uznajmy, że tłumaczenie Lodowy Kocioł pasuje tutaj najbardziej.

geitfonnega-geiranger-8

Norwegia. Lipiec. Po lewej widoczna grań, po której prowadzi szlak. (zdjęcie zrobiła Justyna)

Oznakowany szlak prowadzi przez skalne rumowisko po lewej stronie, ale ślady zdradzają, że sporo osób nie odmówiło sobie przejścia się po śniegu (tędy szło się też łatwiej). Wracająca ze szczytu grupa mówi, że zostało nam jeszcze z pół godziny. Ostatni etap szczytem to – jak napisali w przewodniku – łatwa wspinaczka granią. Składamy kije. Wygląda to źle. W pierwszym momencie chcę wracać. 😉 W kolejnym już idziemy – jeśli zrobi się trudno, to wrócimy. Powoli, powoli. Idzie (się) dobrze, mimo dość oszczędnego oznakowania szlaku. Nie ma “strasznych” miejsc po drodze i, wbrew czarnym wizjom snutym kilka minut wcześniej, nie boję się, że spadnę do fiordu (a wyobraźnię mam bujną). Chyba że w drodze powrotnej, bo nieustannie zadaję sobie dwa pytania: dobra, ale jak stąd potem zejść? i – niemniej ważne – czemu sobie to właściwie robię?

Do mety zostało kilka minut. I już wiem, po co. I od razu zaczynam się zastanawiać, gdzie później. Widać sporo. W Geiranger oznakowane szlaki prowadzą na cztery szczyty, ale z żadnego z nich nie ma takiego widoku na fiord – od samego miasteczka aż do Slettfjellet. Widać pół fiordu! Więcej niż pół.

geitfonnega-geiranger-6

Widok w kierunku Geiranger.

geitfonnega-geiranger2

W tej szarej skrzynce ukryty jest notes, w którym można się wpisać po zdobyciu szczytu. Świat to jest jednak małe miejsce-  kilka dni przed naszą wizytą na szczycie Geitfonnegi zameldował się tam ktoś inny z mojego miasta rodzinnego. (Zdjęcie zrobiła Justyna)

geitfonnega-geiranger-15

Aż nie chce się wracać!

Z żalem wracamy. Grań okazuje się nie być taka straszna, a i oznakowanie z góry jest lepiej widoczne. Wyobraźnia szybko przestaje podrzucać barwne wizje. Schodzi mi się – co zaskakujące – lepiej niż się wchodziło.

geitfonnega-geiranger-11

Justyna schodzi  z grani.

Znowu śnieg. Tylko nart brakuje. Nawet kije mamy. Bez nart też się dało trochę pozjeżdżać 🙂

geitfonnega-geiranger-7

🙂

Jeśli wierzyć aplikacji, przewędrowałyśmy – wliczając w to zgubienie szlaku na moment – prawie osiem kilometrów w niecałe 5.5 godziny (czasy podawane w przewodnikach to 5-6 godzin).

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s